Zdrowy niedźwiedź cz. 2

Ilu z Was w dzieciństwie miało swojego ukochanego misia – pluszaka? Zapewne prawie każdy i jestem prawie pewien, że wielu z Was bawiło się w lekarza tudzież pielęgniarza/-rkę (jak kto woli) robiąc misiom operacje, zastrzyki i inne zabiegi pielęgnacyjne jakie wypatrzyliście sami będąc małymi pacjentami. Cel był oczywiście poza dobrą zabawą jeden – miś miał być znów zdrowy. Nawet jeśli zaszyliście samodzielnie dość pokracznie poczynioną w misiu dziurę lub przyszyliście na nowo oko niekoniecznie w dobrym miejscu – miś był na nowo sprawny i funkcjonalny. Dalej można było się do niego tulić, wypłakiwać smutki i zasypiać z nim pod pachą.

Mało kto wie, że niedźwiedzie brunatne z naszych polskich lasów opiekują się chorymi ze swojej rodziny. To ciekawy fakt, bo te miśki to z reguły samotnicy i odludki, a większe ich skupiska spotyka się tylko w dwóch przypadkach – kiedy powstaje nowa rodzina i potomstwo będzie lada dzień, albo kiedy w najbliższej okolicy jeden z misiów choruje. Inne niedźwiedzie w miarę możliwości starają się pomóc choremu w powrocie do zdrowia pomagając przy polowaniu na ryby, zbieraniu pożywienia, czasem śpią razem celem dodatkowego ogrzania lub chronią terytorium. Ale tylko do czasu kiedy chory miś znów jest zdrowy. Później wszystko wraca do normy.

Jak wspomniałem w poprzednim artykule, nas miśków dotyka wiele schorzeń dużo wcześniej niż naszych rówieśników o „normalnej” budowie ciała, a to głównie za sprawą obciążenia masą i trybem życia. I tak jak napisałem wielu z tych chorób można zapobiec lub wyleczyć w pełni nie tracąc przy tym statusu misia.

To żadna nowość, że kiedy facet choruje nawet na katar to tak jakby właśnie umierał na sepsę co sprawia, że jest ogólnie mniej znośny dla samego siebie i środowiska wokół niego. Jako faceci jesteśmy w czasie choroby marudni, opryskliwi, drażliwi, humorzaści, staramy się udawać macho że niby nic nam nie jest. Tak naprawdę nie bardzo wiemy jak mamy się w czasie choroby odnaleźć głównie dlatego, że zwyczajnie czujemy się źle tak po prostu i nie wiemy jak daleko choroba się posunie chyba, że mamy totalnie to w nosie i jest nam obojętne czy umrzemy (skrajne wyparcie).

Z miśkami jest jeszcze gorzej, ponieważ nasze złe samopoczucie w czasie choroby jak i każde kiepskie dni potęguje dodatkowa ilość wspomnianego przeze mnie w poprzednim artykule estrogenu, który wytwarzany jest w tkance tłuszczowej.

Więksi faceci nie wpadają w złe nastroje i depresje częściej od przeciętnie zbudowanych facetów, ale powody dla których czujemy się gorzej są zupełnie inne. Na nasze zdrowie i kondycję psychiczną najczęściej (mimo, że wielu zaprzecza lub zaprzeczy w tym momencie) ma wpływ właśnie nasza waga i od razu uspokajam – dzieje się to autonomicznie w naszym mózgu i wynika z faktu, że nasz mózg nastrojony jest na dźwiganie mniejszych ilości niż ma. Innym ważnym czynnikiem wpływającym na nasze samopoczucie poza już zdefiniowanymi i zdiagnozowanymi chorobami jest akceptacja społeczna. Ponieważ wzorce zachowań od czasu baroku zmieniły się co najmniej kilkakrotnie na rzecz wymuskanych, ładnie wyrzeźbionych ciał, obłe kształty ciała nie są we współczesnym świecie czymś za czym się goni i czego się pragnie za wszelką cenę. Nie chcę nikomu robić prania mózgu czy przywoływać demonów dzieciństwa ale myślę, że niejeden w Was miał w dzieciństwie z powodu swojej budowy nieprzyjemności ze strony kolegów i koleżanek – dzieci są szczere do bólu i nie przebierają w słowach ani zachowaniach społecznych. Na szczęście jesteśmy już dorośli i akceptacja naszego stylu życia, naszej budowy i zachowań jest nieco inna. Ciekawe wnioski zostały wysnute z pewnego badani społecznego przeprowadzonego w Anglii i USA, w którym zapytano różnych ludzi jaka jest ich akceptacja osób otyłych lub większych niż przeciętna. Ponad ¾ ankietowanych uznało w odpowiedziach, że toleruje takie osoby i nie przeszkadza im to, jaki kto jest. Natomiast zdecydowanie więcej, bo aż 78% ankietowanych w USA w przeciwieństwie do Anglii (56%), zapytanych czy poleciliby osobom większej masy jakieś diety lub sposoby zachowania by zrzucić kilogramy, odpowiedziało na pytanie twierdząco co jakby zaburza nieco szczerość akceptacji otyłości. Ale tyle z badań społecznych. Prawdą jest jednak, że skoro już ktoś jest misiem zyskuje znacznie więcej przychylności bliskich i znajomych oraz samego społeczeństwa kiedy okazuje się, że jest aktywny fizycznie i wygląda zdrowo. O gustach się nie dyskutuje, ale na pewno nie raz niejednemu z Was marzył się wielki, nabity, jurny i włochaty drwal z alpejskiej puszczy, albo tak samo zbudowany z pięknym włochatym torsem marynarz lub zwinny i szybki byk z drużyny rugby. Tych wszystkich panów łączy to samo – są więksi od przeciętnego Kowalskiego, a przede wszystkim sprawniejsi fizycznie i aktywniejsi niż stereotypowy miś kanapowy. Czy są zdrowsi? Nie wiem, można jedynie przypuszczać, że tak bo sama sprawność fizyczna powinna gwarantować zdrowie ogólne organizmu. Ale nawet jeśli cierpią na jakieś dolegliwości z pewnością łatwiej i mniej uciążliwie znoszą niedogodności z nimi związane. Za tym wszystkim idzie lepsze samopoczucie i wyższa samoocena.

Ta ostatnia wśród misiów bywa często bardzo zaniżona. Bawił się w psychologa nie będę. Z moich osobistych obserwacji i „badań” wynika jednak, że mimo społecznej akceptacji i stosunkowo ułożonego życia własna samoocena wielu misiów jest zdecydowanie zaniżona, a powody tego stanu można wymieniać do jutra. Niestety bardzo często wśród przyczyn pojawia się brak samoakceptacji lub niepełna samoakceptacja. I prostuję od razu, że nie wynika to wcale z tego, że może jesteś za duży dla kogoś, bo dość często jesteś nawet za mały, za chudy, za mało tłuściutki dla kogoś.

Inna strona medalu jest taka, że bardzo często rozmawiając z ludźmi słyszę historie w których misie lgną do siebie jak osa do miodu, naprawdę miło posłuchać jak to się rozwija do momentu kiedy jedna ze stron mówi – dość. Najczęściej co ciekawe dlatego, że druga strona jest zbyt leniwa, żeby wykazać jakąkolwiek aktywność fizyczną, bądź kiedy okazuje się, że depresja wisi w powietrzu z powodu nieakceptowania samego siebie, ale brak jakichkolwiek chęci i czynów by ten stan zmienić. To trochę jak błędne koło. Jestem gruby i źle mi z tym, ale nie chce mi się tego zmieniać, więc będę się dołował dalej. Z takim podejściem gwarantuję Wam, że żaden facet (jeśli jesteś singlem) nie zainteresuje się tobą bądź straci to zainteresowanie bardzo szybko, a jeśli jesteś w związku to kwestia jego rozpadu jest kwestią wytrzymałości psychicznej Twojego partnera (bo ileż można słuchać użalania się nad sobą nie robiąc nic by poczuć się lepiej, a partner za Ciebie nie zrobi nic, może Ci jedynie pomóc, wesprzeć i dopingować). Czy wiecie, że stany depresyjne, brak samoakceptacji i ogólnie stałe złe samopoczucie sprzyja rozwojowi chorób? Na pierwszym miejscu są zaburzenia postrzegania i snu, później pojawić się mogą problemy z sercem i jego rytmem, złe samopoczucie sprzyja też chorobom zakaźnym i infekcjom. I znów mamy błędne koło, bo kiedy już pojawiają się jakieś choróbska nasze samopoczucie wcale się nie poprawia przecież. Zamartwiania się o swój stan zdrowia potęguje jedynie stany depresyjne i lękowe, a przyjmowanie leków na choroby przewlekłe obciąża dodatkowo nasz organizm. W takim ciele nie można się czuć wyśmienicie. Wątpliwe jest też, że będziemy w takim stanie przyjaźni społeczeństwu. Będziemy raczej sfrustrowanymi odludkami wzbudzającymi zainteresowanie nie zawsze pozytywne.

Jak to mówi powiedzenie: W zdrowym ciele zdrowy duch. Misie dbajcie o siebie!

W kolejnej części opowiem Wam o korzyściach wynikających z bycia zdrowym sprawnym misiem w odniesieniu do seksu i atrakcyjności dla innych.